Instalacja

Rhizopolis

fot. Łukasz Owczarzak

Wjazd Joanny Rajkowskiej do Galerii bwa Bydgoszcz

WERNISAŻ 7.07.2022 GODZ. 18.00

Galeria Miejska bwa w Bydgoszczy i Fundacja Czarny Karzeł zapraszają na otwarcie wystawy Joanny Rajkowskiej RHIZOPOLIS. Współorganizatorem wystawy jest Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki.

Współpraca ze strony Zachęty: Michał Kubiak

Współpraca merytoryczna: Anna Mituś

Realizacja wystawy: Fundacja Czarny Karzeł, Radosław Zalewski, Tomasz Zieliński

Tekst o wystawie: Joanna Rajkowska

Producentka instalacji Rhizopolis w Galerii Miejskiej bwa w Bydgoszczy: Marta Filipiak

Wszystkie materiały udostępnione dzięki uprzejmości Zachęta Narodowa Galeria Sztuki

Rhizopolis to miasto korzeni utworzone, zgodnie z ideą Joanny Rajkowskiej, pod powierzchnią lasu, przez uciekinierów z powierzchni Ziemi. To również scenografia futurystycznego filmu, który wprowadza nas w świat hipotetycznej przyszłości człowieka, po spodziewanej wielkiej katastrofie kończącej trwającą obecnie epokę antropocenu. Scenariusz nakreślony przez artystkę to propozycja radykalnej zależności, w której zdominowana dotychczas przez człowieka przyroda okazuje się być w swym niewzruszonym trwaniu ratunkiem, dostarczając tego, co niezbędne dla podtrzymania ludzkiego życia. Na wystawie wkraczamy w obszar zarówno instalacji artystycznej, jak i scenografii do filmu, w którym sami gramy, i do którego możemy dopisywać własne scenariusze.

Jeżdżąc w miejsca wyrębów, artystka obserwowała, jak człowiek stopniowo pozbawia Ziemię jej najbardziej życiodajnej warstwy. Traumatyczny widok ogromnych powierzchni pokrytych korzeniami martwych drzew stał się bezpośrednim impulsem do powstania Rhizopolis. Instalacja Rajkowskiej daje szansę na zbliżenie się — poprzez doświadczenie ciała — do tajemniczego, cichego podziemnego świata, do życia korzeni drzew. Wkraczając w przestrzeń Rhizopolis, schodzimy do „podziemia”, aby na nowo przemyśleć umiejscowienie człowieka i jego fundamentalną współzależność od innych gatunków, która czyni nasze życie możliwym. To zaproszenie do równoległego świata, o którym — pomimo rozległej wiedzy — bardzo niewiele wiemy, mogącego stać się habitatem ostatniej szansy.

Żadne drzewo nie zostało ścięte na potrzeby Rhizopolis. Użyte w projekcie karpy zostały uratowane przed zrębkowaniem i spaleniem w piecach.

Z Urszulą Zajączkowską rozmawia Joanna Rajkowska

 

  • Joanna Rajkowska: Co się dzieje, kiedy umiera las? Jak wiesz, byłam ostatnio koło Drwalewa. Drwale w Drwalewie byli bardzo aktywni. Przemoc wobec lasu nieopisana. Bolało. Dlaczego mnie bolało? Co się dzieje, kiedy idą pod piłę drzewa?

Urszula Zajączkowska: Drzewa to nie drewno na pniu, a ustanowiony, bardzo złożony ktoś, organizm o historii życia znacznie dłuższej niż nasza. Ciężko nam jest to zrozumieć z powodu naszej skromnej długości życia, tzn. tej fizycznej granicy wytrzymałości naszych ciał, tego, jak ona jest opłakanie drobna w porównaniu z długością życia drzew. Na domiar wszystkiego ciężko nam zrozumieć, że drzewo nie musi zabijać, by żyć. W swych komórkach wytwarza cukier ze światła, wody i powietrza. W jego ciele, mimo że zdrewniałym, są też ukryte komórki żywe. Bardzo delikatne — miękiszowe. Gdy łamiesz gałązkę, to je rwiesz.

Nigdy do mnie nie docierały i nie dotrą argumenty, że skoro rośliny nie mają przekaźników bólu jak zwierzęta, oznacza to, że nie czują. Jakby przez to były mniej doskonałe. Szkodliwa to bzdura. Naturalnie, że czują, tylko po prostu inaczej niż my. Sygnał o zerwanym liściu w rozecie tzw. chwastu — pospolitego rzodkiewnika — wybrzmiewa u rośliny już kilka minut po tym, gdy to się stanie, i jest w detalach opowiedziany nauką, bardzo wielkimi jej literami.
Umieranie lasu to umieranie nie tylko drzew. Człowiek kojarzy las właściwie wyłącznie z drzewami. Tylko je widzi, bo są od niego większe, ale jest ślepy na wszystko inne. Nikt nie zauważa tych najważniejszych, tych, od których naprawdę zależy życie lasu i twoje życie — bakterii, grzybów, śluzowców, owadów. Otwarta, wypalana słońcem przestrzeń ściętego lasu, z której ucieka woda, to prawdziwy dramat właśnie tych najdrobniejszych obywateli świata, to ekstremalna radioterapia mikroświata lasu. Te organizmy nigdzie nie uciekną. Nie tylko orangutany giną w buszu Borneo, w którym robi się miejsce dla palm i ich taniego tłuszczu dla tłustego Zachodu. Tam przede wszystkim giną ci bez oczu i bez głosu. Właściwie nikt ich nie zna, nie poczuje i za nimi nie zapłacze.
Jakże bardzo smutną miałam niedawno pracę: zadanie opisu tkanek drzew z puszczy Cerrado — kiedy spieszyliśmy się, by zdążyć je chociaż przynajmniej nazwać, sfotografować przed ich masakrą. Intensywnie pracowałam z tymi próbkami, pisząc o ich anatomii. Po roku koledzy z Brazylii przesłali mi kolorowy atlas naszych prac, pełen zdjęć drzew i krzewów. Barwne monidła.

Bo jeśli ktoś rżnie glebę nawet z korzeni i wywleka je na słońce, dla mnie jest to znak, że to on będzie się tam zaraz panoszył, tworzył swoje, dla siebie — drogi, miasta, chodniki. I nawet pod ziemią ma być dla niego czysto.
Pewnie to prawda nieprzyjemna, ale chcę o niej tu powiedzieć: w polskich lasach, tych, którymi ludzie tak dziś gardzą, po wycince na nasze deseczki korzenie starych drzew zawsze zostają w ziemi, gniją między siewkami nowego pokolenia, wysadzanego lub wysiewanego naturalnie. I dzieje się to właśnie wtedy, gdy my, święcie na to wszystko obrażeni, siedzimy przy drewnianym stole, opierając stopy o drewniane panele, czytamy papierowe książki o tym, jaki to okropny jest człowiek.

  • No a myślisz, że nie jest okropny? Czy boli jedynie hipokryzja? Od wielu lat mam ciemne, straszne myśli. O tym, że byłoby lepiej, gdyby nas nie było. Harmonia świata pozostałaby nienaruszona.

Ciężko jest stwierdzić, czym jest w istocie harmonia świata. Jakiej perspektywy czasu używać, by zaznaczyć jakikolwiek cykl natury, by mieć prawo posługiwać się takimi słowami jak harmonia, klimaks. Sto czy milion lat? I o jakim poziomie patrzenia mówimy? Czy pytasz o harmonię grudki ziemi otaczającej korzenie, czy o Amazonię? Więc nie sądzę, żebyśmy my, ludzie, byli zdolni stworzyć jakiekolwiek ramy, jak rozdziały w powieści, które prowadziłyby nas ku odpowiedzi, ku jakiemuś końcowi narracji, która przez chwilę zapanowała w naszej wyobraźni, przynosząc nam ulgę.
Kiedy przewraca się w lesie zgniłe drzewo, nikt tam za nim nie szlocha. Od chwili tego odsłonięcia kawałka nieba w gęstwinie lasu, który objawił się przez upadek trupa starego i schorowanego drzewa, z miejsca po tym zdarzeniu zaczyna się wyścig badyli o światło, które się uwolniło, które do lasu dotarło. Bo światło to dobro, dzięki niemu rośliny mogą budować swoje ciała, wzmacniać włóknami drewno, lignifikując komórki, zyskiwać siłę, by być pierwszymi, albo raczej przed innymi. Różnica polega na tym, że ci przegrani nie niszczą innych, nie pętlą im życia, nie trują im za pędami, nie gardzą tymi, którzy byli lepsi. Tylko wysychają im gałązki, które tego światła nie dostały. To wszystko.

  • Myślę, że zaburzamy porządek rzeczy na każdy poziomie. Wszechświat bez homo sapiens — tak wyobrażam sobie harmonię. Chyba jest niezwykle trudno unaocznić naszą radykalną zależność od delikatnej i złożonej siatki powiązań między elementami biosfery. Kiedy o tym myślę, widzę mieszkańca lasu deszczowego w Amazonii, stojącego naprzeciwko buldożerów. A jednak musimy protestować, bo od tego zależy przetrwanie nie tylko naszego gatunku — choć nawet jak go szlag trafi, to nic wielkiego się nie stanie (w końcu to tylko jeden gatunek) — ale też miliardów innych gatunków. Powiedz mi, co według ciebie należy zrobić, żeby wyzwolić w ludziach wrażliwość i respekt wobec mikroprocesów biologii, od których zależymy, abyśmy obudzili w sobie empatię, radość i energię płynące ze współistnienia z innymi organizmami? Bez dominacji, bez agresji, bez hierarchii?

Wydaje mi się, że trzeba zacząć od najprostszego — zrobić wszystko, by najpierw dostrzec tych innych, poznać ich, więc widzieć ich oczy albo pojedyncze liście, do kogo one należą. Zauważać je i przez to czuć, że w świecie nie jest się samotnym, w tym niepojętym dramacie homo sapiens, jaki sami wymyśliliśmy, opierającym się na konstrukcie odrębności: ja i przyroda. To wielkie kłamstwo, które stworzyliśmy, a potem w nie uwierzyliśmy, bo przecież w świecie jest tylko przyroda. Więc jak można być dla niej dobrymi, kiedy nawet nie zna się imion jej obywateli? Niczego o niej nie wiemy, więc jeśli nie wiemy — to nie zauważamy. Współcześni ludzie nie rozpoznają nawet drzew. Czytałam listy Stanisława Lema do Sławomira Mrożka, eseje Czesława Miłosza, opowiadania Kornela Filipowicza. Rozmawiałam z najstarszymi. Ludzie kiedyś pięknie widzieli las albo ogrody, niektórzy używali łaciny. I było to zaledwie wstępem do większej ich refleksji. A my nawet nie znamy imion naszych sąsiadów, za to nad wyraz chętnie używamy tak szerokich słów jak np. przyroda, natura itd. Aby poznać chociaż podstawy dendrologii, wystarczy rok skupienia nad atlasem roślin. Naprawdę nie stać nas na ten wysiłek, dla tych, których podobno tak kochamy? Jeśli to przeżyjemy, może będziemy poznawać ptaki, ssaki, chmury, rzeki, mikroświat przebogaty, by wreszcie oszaleć z tej budującej miłości do świata, przez te wlewy dożylne wiedzy. Bo człowiek nie jest sam w przyrodzie i nigdy nie był, a świadomość tego faktu tak silnie złuszcza warstwy samozwańczego, panującego człowieka, jego nadęte ego. Sami to sobie wymyśliliśmy. Ważne jest też, by wreszcie otworzyć się na autentyczne doświadczenia spotkań z badylami, błotem, ziemią, by zauważać tych innych, których już poznaliśmy, wiedzieć, czego oni od świata potrzebują, aby żyć, jakie mają zwyczaje, a wszystko po to, by zrozumieć, jak daleko od nich zależymy — na poziomie atomowym, cielesnym. Więc podkreślam tu jednoznacznie, a myślę najprościej — zechciejmy chociaż dowiedzieć się, kto obok nas żyje. Wystarczy do tego kilka książek i porządna praca. Dzięki temu można w szerokim spektrum zauważyć i odczuć to, co jest poza naszym zmysłem postrzegania, jak na przykład fakt, że rośliny mają swój drugi świat pod ziemią, poza światłem — brudne korzenie.

  • Czyli wiedza i empatyczna ciekawość. Wyobrażam sobie, że ty rozpoznajesz zupełnie inne tropy w Rhizopolis, bo wiesz nieporównywalnie więcej o życiu korzeni. Dla mnie był to moment możliwości przedstawienia naszej ludzkiej, radykalnej zależności… A potem, w trakcie podróży po wyrębach uświadomiłam sobie skalę zniszczeń, kaskadowy efekt katastrofy…. Teraz już sama nie wiem, czy ten żałobny wątek nie jest ważniejszy. Skoro, jak ufasz, wiedza może zmienić naszą optykę i wzbudzić empatię, to opowiedz, co właściwie robią korzenie. Czym są dla rośliny, a szczególnie dla drzewa? Dla siebie nawzajem…

Korzenie są supłami niedbającymi o ład, dzikim rozczapierzeniem roślin. Z jednej strony mają wielkie zadanie, bo przez własną geometrię ściskają jak w garści kawał ziemi, więc nie pozwalają roślinie się wywrócić, a z drugiej zakończone są żywymi, ultra delikatnymi końcówkami, uwodnionymi komórkami czującymi otoczenie jak żadna inna część rośliny. To tak, jakbyśmy zdarli z dłoni skórę i wsadzili ją pod ziemię. Te komórki to włośniki. Wyglądają jak biały puch. Puch komórek, obnażonych, siedzących pod ziemią w miliardach powtórzeń. To one wchodzą w relacje z innymi (my dopiero się tego uczymy), rozpoznają grzyby i bakterie, grawitację (a więc jądro Ziemi), to one wydzielają jony w czasie, gdy wnika w nie woda, gdy roślina ją pije. Te jony zmieniają bliskie otoczenie korzenia. W ten sposób tworzy się tam całkiem odrębny mikroświat. Dzięki korzeniom, dzięki temu, że żyją. Mówię tu o kawałku przestrzeni równemu milimetrowi sześciennemu ziemi. Bo przecież ziemia to najbardziej bogaty w życie ekosystem świata. Ta niewidzialna przestrzeń, która redukowana jest często w rysunku do brązowej kreski — ale to ona jest miejscem najintensywniej tętniącego życia naszej planety! Wyobraź sobie, że w jednym gramie gleby może żyć milion istot świata. Czym wobec tego jest nasz spacer w lesie? Kim jest drzewo? Kim jesteśmy my? Jak to osadzić w skali naszych oczu? Tu może pomóc wiedza. Najprościej. Niczego nie narzucać, ale z bolesną szczerością powiedzieć sobie: nigdy nie zobaczysz istoty ziemi. Ale możesz jej poszukać. Nie odczujesz tego czasu, kiedy w ziemi tworzą się te kosmiczne mikropołączenia cząstki mineralnej i organicznej. I że ta para tworzy tak zwane agregaty ziemi, które trwają przez lata. Bez nich żaden korzeń nie będzie żył. Ten mariaż ożywionej i martwej materii jako niezbędna składowa wszechświata korzeni jest tak bardzo przepełniony znaczeniami, że aż dziwne, że nikt o tym nie mówi. Kamyczek i szczypta z byłego życia są jak wdech i wydech, tworzą podstawę istnienia pod ziemią. Mówi o tym nauka. Jak i o tym, że aby korzeń rósł, by nie rozdzierał się w tej podziemnej ciasnocie, nie ranił na ostrych kryształach piachu — w toku setek tysięcy lat ewolucji wytworzył on takie miejsce w swym zakończeniu, które przed tym wzrostem popełnia samobójstwo. To miejsce nazywa się czapeczką. Straszliwe to zdrobnienie. Mowa o grupie komórek, które już jako martwe, złuszczają się na wszystkich kanciastych mikroskrawkach ziemi. By korzeń rósł w mrok, w dół już bez bólu.
Ale i tak korzenie wciąż nie są widoczne. Rhizopolis próbuje również to unaocznić, mocnym gestem wstawiając pomiędzy nie człowieka. Popatrz, dziś latamy w kosmos, używamy satelitów, by rozmawiać przez telefon, ale wyobraźni i czucia wobec istnienia korzeni brak. Korzeni, które mamy pod swoimi stopami. I na nic las, łąka, bo człowiek tam korzeni nie zauważa. Nie zauważa, bo kompletnie nic o nich nie wie. Sama mam świadomość jedynie niewyraźnych skrawków ich życia.

  • Przypomina mi się, jak mój partner, Andrew, smutno się roześmiał, kiedy kolejna sonda wylądowała na Marsie i powiedział. Świetnie, ale to nie zmienia faktu, że nadal nie potrafimy zrozumieć bakterii. Powiedz mi, czy jest szansa, że nauka (pewnie w naszych najdzikszych marzeniach) zrozumie język roślin. Mam na myśli ich złożone komunikaty, które zawierają mnóstwo informacji.

Nauka dziś to nie tylko dokładanie wiedzy. Od dawna wiadomo, że ta, w której warto się zgubić, jest z pogranicza kapitalnej ludzkiej fantazji. Mam absolutną pewność, że nauka będzie podlegała przemianie, jakiej potrzebuje sam człowiek. Ona właśnie się zaczyna i to już na poziomie poznania. Większość badań nad roślinami to po prostu piękna opowieść o ich życiu, a nie konkretny przepis, który miałby człowiekowi pomóc jeszcze bardziej nad światem dominować. Przyznaję, że nie znoszę, gdy pytają mnie o praktyczne zastosowanie moich badań, np. kiedy idę z donicą skrzypu (a one są od 400 mln lat na Ziemi) do Instytutu Lotnictwa, by w tunelu aerodynamicznym owiewać ten skrzyp wiatrem, modelować trajektorię cząstek tego wiatru, by zobaczyć, jak to jest, że roślina tak długo daje sobie radę z tymi pędzącymi atomami, podczas gdy ja odwracam twarz od byle podmuchu. Zawsze pytają mnie, co wyniknie z tych badań praktycznego dla nas, dla ludzi? Nie wystarcza im wybuch wyobraźni? Nie. Przyrody trzeba używać i taka ma być rola nauki. Tak więc nie tylko artyści to prostytutki.
Ale nie przeszkadza mi, że nauka jest w sidłach matematyki. To dobre narzędzie dla wyobraźni. Zaprzęgając ją do kodowania, można stworzyć coś pięknego. Popatrz, użyłam równań tensora struktury, przeprogramowując kod, by działał kolorem na totalny chaos poranionych komórek drewna drzew. Gdy w drzewie jest rana, ciała komórek supłają się w chaosie. Drewno, które wcześniej było jak jednorodny strumień rzeki, zaczyna przypominać kołtun. Ciężko jest wyciągnąć liczbę z tego zaburzonego porządku. Użyłam koloru. Na obrazku widać komórki drewna poranionej daglezji i matematykę, która porządkuje jej komórki barwą. Te położone na lewo są zielone, te już prawie naturalnie pionowo — czerwone itd. Tu liczy się tylko barwa, a właściwie jej przemiana. Wierzę, że już zaraz nauka będzie otwarta na znacznie więcej niż barwy pokazane na obrazku.

  • Wbrew wszystkich ostrzeżeniom, że nie powinniśmy antropomorfizować, uważam, że skoro niczym innym niż ciało nie potrafimy współodczuwać, skoro mamy takie zmysły i doświadczenia, jakie mamy, to musimy tych wszystkich mocy używać.
    Doskonale zdaje sobie sprawę, że Rhizopolis jest całkowitą fikcją, ale podobnie jak ty, pisząc, tak ja staram się uzmysławiać ludziom zupełnie fundamentalną współzależność wobec innych osób, takich jak drzewa, wprowadzając ich w pewną fikcyjną, nieco scenograficzną sytuację…

Antropomorfizacja jest z jednej strony ludzkim przekleństwem — właśnie przez to, o czym mówisz — że my, ludzie, nie mamy innego języka, żyjemy w pułapce własnej semantyki. Z drugiej strony właśnie ten język może być źródłem naszego wybawienia, bo przecież nie mamy innego.
Językiem nauki jest zaś matematyka i tylko matematyka. Oczywiście ona też lubi się gubić w swoim pięknie, w „eleganckich równaniach”, o czym bez ogródek pisze Sabine Hossenfelder, gdy konfrontuje człowieka z myślą zapisaną symbolami geometrii różniczkowej. Że matematyka jest dla niego obca i nie odzwierciedla jakiejkolwiek prawdy. Obca dla człowieka może być też sztuka. I właśnie dlatego tak fenomenalne jest Rhizopolis, w którym my wszyscy możemy się zagubić, przemieszać nasze myślenia, porządki i wrażliwości, czego nie robiliśmy zaiste od lat. Ty nie straszysz ludzi wykresami zwiększonej emisji CO2, ale otwierasz przestrzeń, w którą ludzie mogą wejść, bezbronni na doświadczenie tej niby hipotetycznej, a przecież tak bardzo realnej zależności, przez bezwzględną prawdę, z której nie da się uciec. Konstrukt Rhizopolis nie jest fantazją. Jest organiczną prawdą na temat powiązań bytów, czego największym beneficjentem jest bezsprzecznie człowiek. Człowiek doświadczający dramatu samotności.
I teraz on nie może uwierzyć, że my, ludzie, i oni — rośliny, zwierzęta, porosty, śluzowce —nigdy się nie skomunikujemy, bo nie dopuszcza do siebie myśli, że oni mieliby do nas cokolwiek mówić. Kimże jesteśmy, by oni chcieli się jakkolwiek z nami powiązać? To uczy zagubionego dziś uznania dla tych innych. By sobie po prostu byli. Więc kiedy wreszcie zepchniemy się z tego tronu antropocentryzmu, opartego na panowaniu nad światem, zrodzi się szansa, że zauważymy całą odrębność natury, że możemy żyć obok pięknie innych, dzielić się przestrzenią w pełnym respekcie naszej wspólnej odrębności, włączając w to fakt, że drzewo może mieć nas gdzieś, tzn. w dziupli. I nie zauważać nas przez całe kilkaset lat swojego życia. A my go nigdy w pełni nie odczujemy ani nie zrozumiemy. Wisława Szymborska w swoim Milczeniu roślin wycięła to żyletką poezji.
A ta fundamentalna współzależność, o której mówisz, o której tak gęsto myślisz, to według mnie nie tylko świadomość istnienia innych — to również odczuwanie oddziaływania fizycznych pól świata, np. światła albo grawitacji. Światła w Rhizopolis nie ma. Jest grawitacja. Eksplorujesz to bardzo mocno. Dobrze o tym wiemy, ile ton zwłok drzew ludzie mają teraz nad głowami. Jaka jest w tym energia potencjalna, która mogłaby się uwolnić, gdyby nie podtrzymująca je konstrukcja. Więc niech ludzie mają tam te korzenie jak najdłużej, niech poczują, że jeśli one runą, runą i oni. Póki co nie trzeba umierać. Można w ten mrok wejść, w rozkrzewienia podziemnego świata drzew Rhizopolis i pobyć tam w ciszy, zniknąć, zanurzyć się w tej relacji ton martwych części drzewa własnym, zalęknionym, czułym ciałkiem.

  • Ha, o grawitacji nawet nie pomyślałam! Mimo, że tyle obliczeń robiliśmy! Z drugiej strony, antropomorfizacja jest wyrazem naszej bezradności i, paradoksalnie, mocy. Wyobrażamy sobie, co czułoby nasze ciało, gdyby ręka ze zdartą skórą była korzeniem, zamykamy oczy i obserwując światło przez skórę powiek, próbujemy zrozumieć, jak światło penetruje komórki z chlorofilem. Te wyobrażenia mogą być naukowo zupełnie nieuprawione (a nawet błędne), ale to właśnie one przybliżają nas do roślin jako innych bytów. Nauka, jeśli za tym nie idzie wyobraźnia i empatia, nie doprowadzi nas do bliskości z innymi gatunkami. Z kolei sama cielesna intuicja bez podstaw naukowych szybko przeradza się w naiwny dyletantyzm.
    Mamy jedynie to ciało z niewielką liczbą odbiorników, mamy oczy, które widzą w pewnym zakresie widma, uszy słyszące jedynie pewne częstotliwości, żyjemy tylko parędziesiąt lat. Poruszamy się w świecie dość niesprawnie. I to wyznacza ograniczone pole naszej empatii. I wreszcie udało mi się dotrzeć do tego momentu, w którym po tym przydługim wstępie mogę powiedzieć, że ta ułomność ciała i jego słabość, a co za tym idzie, zależność są dla mnie najistotniejszym polem pracy. Kiedy pracuję wewnątrz tej słabości, wydaje mi się, że otwieram drzwi do najistotniejszych rejonów wrażliwości wobec innych bytów. Próbuję przepuścić przez ciało rzeczywistość, z którą pracuję, i zniknąć w procesie „filtrowania”. I strasznie mi żal, że cały ten proces inkarnacji, który odziedziczyłam po wschodnich praktykach artystycznych, powoli jest wypierany przez metody reprezentacji. Korzenie drzew w Rhizopolis musiały przejść długą drogę, żeby wylądować nad naszymi głowami w prostym geście wyniesienia — ponad nami. Ich włośniki przeszły mi przez synapsy, a pniaki przez rdzeń kręgowy.

A ja najwięcej widzę, czuję, słyszę w laboratorium lub w lesie, gdy w pewnym sensie pozbywam się siebie. Nie ma mnie w całości, nie ma mojego ciała, umysłu, niczego, jak wtedy, kiedy gram Syrinx na flecie, albo gdy patrzę na liść. Wtedy całkowicie nie jestem istotna. Gubi mi się wtedy czas, można powiedzieć, że nie żyję. Im głębiej się pogrążam w tym stanie, tym potem dłużej mam przed oczami te roślinne zjawy, mikroruchy liścia, śmierć komórek, dziwne cienie i wszelkie ekspresje innego życia tych innych, które musiały się w tym czasie odbyć, które zasadzają mi się w wyobraźni do dziś. Ale przede wszystkim w ogóle nie pamiętam stamtąd siebie. Więc sądzę, że drogą do budowania empatii i wyobraźni jest zdolność do wrażliwej, bezskórnej otwartości opartej na pokorze i umniejszeniu, na zredukowaniu tego wyrośniętego przez wieki „ja”, na zadośćuczynieniu naturze (także ludziom, bo niby dlaczego nie), w głębokiej świadomości odrębności bytów i największego dla nich szacunku, czyli porządnej wiedzy.
Wtedy to patrzenie jest niejako patrzeniem nie moim, jest ze świata przez świat, dla świata. Dlatego bardzo wierzę, że gdy ludzie zanurzą się w Rhizopolis, w jakiś sposób stracą też siebie, przez tę inną rzeczywistość, którą stworzyłaś. I nie szkodzi, że w naturze korzenie wiszące w powietrzu nie przeżyłyby tygodnia, bo zostały wywleczone ze swojej ciasnoty w ziemi, z bliskości innych, z jakimi przez lata stworzyły relacje. Te na wystawie — poszatkowane, spalone w elektrowni już dawno grzałyby kaloryfery w Warszawie. Nikt nie zastanowiłby się, skąd te łagodne fale w ich domach. Ale ty wywlekłaś je i pokazujesz ludziom, tworząc scenografię świata, tylko pozornie futurystyczną, bo przecież na niej zawsze opierał się nasz byt. Nikt nigdy stamtąd nie ucieknie.

fot. Łukasz Owczarzak

Robert Yerachmiel Sniderman
Jednorodna zgryzota. Siedem uwag dla mieszkańców Rhizopolis

Wszystko się liczy. Wszystko co działa, sieje ferment.
Nelly Sachs1

Uświęcenie musi być obopólne.
Achille Mbembe2

[Granica] leży w zestawieniu tego obrazu innego świata z miejscem, w którym się pojawił — pierwotnie obcy, nowo przybyły w tym krajobrazie. Tam, gdzie jedno się kończy, natychmiast wyłania się drugie […] ich przeznaczeniem w każdej totalnej instalacji jest na zawsze być razem.
Ilya Kabakov3

Jak to możliwe, że jestem z tej Ziemi, i drzewa również są z tej Ziemi?
Valzhyna Mort4

Organizujcie się tam, gdzie wasz najsłabszy punkt. Nie spoczywajcie na swoich mocnych stronach.
Zeyno Pekünlü5

Gdyby nie pandemia, gdyby nie wygnanie mojej prababki Sary bat Mosze z Warszawy (też z tego powodu), byłbym z wami w Zachęcie na wystawie Rhizopolis. Przykucnąłbym w ciemności pod spiętrzonymi korzeniami i pisałbym na marginesie książki — Music for the Dead and Resurrected białoruskiej poetki Valzhyny Mort albo mocno zniszczonego egzemplarza Where the Beast is Buried Joanny Rajkowskiej. Pisałbym inaczej, niż piszę teraz, i wolałbym, abyście przeczytali właśnie tamten niemożliwy, nienapisany esej. Myślę, że pisząc poza przestrzenią Rhizopolis, stawiam się na straconej pozycji. O bycie takim jak Rhizopolis należy pisać w jego materialnej obecności, jako uczestnik, jeden spośród wielu jego elementów. Pozwólcie więc, że oddzielę miasto Rhizopolis od Rhizopolis i będę pisał wobec tego rozłączenia — we wnętrzu Rhizopolis, gdzie to, czego pragnęło moje pisanie, staje się możliwe jedynie w formie utajonej materii — jako czysta potencjalność tej dosłownej piwnicy wyobraźni, pozbawionej ekologicznej wolności. Teraz jednak jestem z wami, rozbity i zamaskowany. Niczym drogocenne naczynie, żołądek nękany głodem, posmak pomiędzy pieszczotami, niepokojące pismo; widzę, jak ukierunkowujemy nasze zdolności i słabości, [my] mieszkańcy Rhizopolis, pod zrujnowanym, przechwyconym warszawskim lasem.

2
Wystawa Rhizopolis jest echem lub też genezą miasta Rhizopolis. Nie możemy tego wiedzieć. Rhizopolis przynosi mieszkańcom Rhizopolis korzenie drzew ze zniszczonych lasów otaczających Warszawę (a więc otaczających Rhizopolis). Rhizopolis to miasto. Miasto przyszłości. Ciemna, ożywcza przestrzeń, miejskie siedlisko; schron bez słońca dla wygnańców uciekających przed katastrofą antropogeniczną, masowymi migracjami zbiorowości ludzkich i nieludzkich, skrajnie zmienną pogodą, klimatycznym apartheidem i ludobójstwem. Rhizopolis to miasto waszej wyobraźni. Rhizopolis to możliwość w waszej wyobraźni, a zarazem możliwość waszej wyobraźni — o ile to, co możemy sobie wyobrazić, pozostaje wysoce polityczne i współzależne. Rhizopolis jako wymysł, jako polityczne uwarunkowanie wyobraźni jest owocem waszej udręki. Martwicie się o siebie, o swoje dzieci, o swoje wnuki i tak dalej, tak jak ja i wszyscy, których znam, ponieważ rasistowska, krwawa obietnica nowoczesności gra na zwłokę. Ponieważ władza zabija naszą przyszłość w zamian za kapitał i masowy niepokój. W mieście Rhizopolis korzenie drzew wyciętych na terenach wokół Warszawy są żywe i zapewniają przetrwanie tej „nowej ojczyźnie”: oddychanie, odżywianie, przewijanie, mowę, promienie słońca –— słońca, którego możecie już nie pamiętać, ale które gryziecie i połykacie w trakcie subarborealnej medytacji.

3
W 2017 roku w Polsce wycięto miliony drzew. Zanim powstało Rhizopolis, Rajkowska zbudowała ścianę z korzeni 22 drzew zebranych z terenów wycinki, gdzie piętrzyły się martwe w ogromnych stertach. Splątane i ściśnięte w sześć połączonych ze sobą kolumn, w żałobie, kontestacji i pesymizmie, tworzą instalację Ja do waszego nieba nie wejdę (2017) w przestrzeni publicznej Lublina. „Jest to ściana, która powstała z części podziemnej organizmu rośliny, czegoś, co powinno pozostać, niewidoczne, pod powierzchnią ziemi. Zostało jednak (dosłownie) wyrwane […]. Wiele kobiet, które są wyposażone w szczególną, somatyczną wrażliwość, opisywało swoje reakcje jako przemoc dokonaną na ich własnym ciele. Mówiły, że czuły się tak, jak gdyby ktoś odciął im nogi lub uderzył”6. Motywacja Rajkowskiej wyłania się tutaj z traumatycznej historiografii kobiet, jaką Sylvia Federici opowiedziała za pośrednictwem archiwów dotyczących tak zwanych polowań na czarownice. Opisuje ona trzy stulecia brutalnego procesu rekonstytuowania kobiet z niższych klas — procesu niezbędnego dla skonstruowania radykalnie nowych uwarunkowań społecznych, prywatnych i warunków pracy w kapitalizmie. Proces ten skupiał się na ich codziennych relacjach z ziemią jako intymnym, samostanowiącym bytem czy systemem bytów. Większość badaczek i instytucji, takich jak np. Anna Göldi Museum w Ennenda w szwajcarskim kantonie Glarus, pojmuje dziedzictwo polowań na czarownice wyłącznie jako efekt irracjonalnych sił społecznych, jakie ostatecznie uległy transformacji — na Zachodzie — w wyniku oświeconego postępu, jednak nadal istnieją, zarówno poza jego obszarem, jak i w jego mrocznych gettach. Federici dowodzi konstytutywnej globalnej katastrofy dla nowoczesności, w której kobietobójstwo stało się głównym sposobem na utowarowienie tego, co nieludzkie. Prowadzące politykę rabunkową korporacje i Bank Światowy, wspierane przez narodowe siły zbrojne i lokalną policję, wciąż brutalnie stygmatyzują i wykorzeniają kobiety, które odrzucają kapitalistyczne wyobrażenia o dobrobycie, bezpieczeństwie i przyszłości; kobiety globalnego południa, „które odmawiają sprzedaży ziemi, które odmawiają sprzedaży drzew […]”7. Ja do waszego nieba nie wejdę i Rhizopolis to świadectwa trwania tej przemocy w Polsce, gdzie masowe niszczenie drzew przynosi ból ciałom cierpiących na bezsenność kobiet, których prababki zostały zmuszone do zanegowania trajektorii tej relacji. Po stworzeniu Ja do waszego nieba nie wejdę Rajkowska nadal fotografowała i odzyskiwała martwe korzenie drzew, ostatecznie tylko w okolicach Warszawy, gdzie mieszka ze swoją rodziną. W ten sposób Rhizopolis i Rhizopolis powstały pośród trwających w całej Polsce masowych protestów kobiet domagających się politycznej rewolucji, cielesnej autonomii i przyszłości planety. O ile projekt Ja do waszego nieba nie wejdę wyłonił się z bolesnego pesymizmu w formie skromnego podarunku dla wszystkich ptaków, które zbudowały w nim gniazda, Rhizopolis przekształca te właściwości w wyimaginowane lekarstwo na ludzkie życie.

4
Teraz myślę, że Rhizopolis — wyimaginowane miasto — jest echem, a Rhizopolis — wystawa — jest źródłem. Ostatecznie praca Rajkowskiej rozpoczyna się od dania świadectwa i zajęcia się martwymi korzeniami warszawskich drzew — rzeczywiście, nie są one żywe, tylko martwe. Rajkowska chce, abyśmy — być może przede wszystkim — zbliżyli się do nich, abyśmy byli z nimi. Wierzy, że gdy zbliżymy się fizycznie do korzeni unicestwionych drzew, bezpośrednio, w tej epoce — to coś się wydarzy. I rzeczywiście, efektem tej bliskości jest Rhizopolis. Przechodząc od ujścia Rhizopolis do echa Rhizopolis, doświadczamy rdzennego napięcia. Martwota korzeni przenosi nas w rzeczywistą polis Warszawy, z której materialnie emanuje taka właśnie martwota. Tymczasem wyimaginowane miasto Rhizopolis przenosi nas, poprzez widmo utopii, w przyszłość katastrofy ekologicznej — przyszłość, która znacznie lepiej odpowiada naszej rzeczywistości niż ta komunikowana nam przez światowe mocarstwa. Te przeciwległe bieguny, pewnego rodzaju translokalna zbieżność rzeczywistych ran, prezentują mroczną piękność. Tak właśnie czujemy się w tym potrzasku. Taka jest jakość scenografii, jak nazywa to Rajkowska, pośród której mieszkańcy Rhizopolis występują w nagraniach z monitoringu. Ich działania, rejestrowane przez kamery zainstalowane wśród martwych korzeni, wyświetlane są na żywo na ekranie. W Rhizopolis korzenie drzew oferują krytykę władzy –— w tym lokalnych rozporządzeń wymuszających wycinkę mającą na celu utrzymanie wartości nieruchomości — poprzez zwrócenie uwagi na sytuację zapaści planetarnej, w jakiej się znajdujemy, która nadejdzie, nadchodzi, o ile władza nadal będzie konsolidować, wycinać, prekaryzować i eksterminować. Piszę ten esej trzy tygodnie po tym, jak rynki finansowe wprowadziły wodę jako towar zbywalny — rynki, które gwałtownie wzbogaciły się do „rekordowych poziomów” podczas tragicznej globalnej pandemii, która zapewne uczyni świat znacznie biedniejszym, bardziej chorym, głodnym i nieufnym. Rajkowska pisze o swoich poprzednich działaniach: „Jako kobieta i matka w swej pracy często wykorzystuję swoje ciało, biologiczną maszynę i zarazem narzędzie poznawcze, które pozwala wyczuwać i rozumieć warunki pracy”, gdzie „choroba, słabość i niewydolność żyjącego ciała” zapewniają „płodny grunt potencjalności raczej niż niemożność”8. Myślę, że Rhizopolis to specyficzny rodzaj instynktownej i konceptualnej wymiany pomiędzy żywymi ciałami; w pracy tej Rajkowska odchodzi od słabego i chorego potencjału własnego ciała — jednego z wielu wymienionych powyżej ciał kobiet i ich zastępczych dolegliwości — na rzecz spekulacyjnej, miejskiej formy. Jeśli Rhizopolis jest miastem, to jest ono, podobnie jak ciało Rajkowskiej, biologiczną maszyną, której „rozbudowane systemy korzeniowe umożliwiły powstanie podziemnych jaskiń, gdzie ocaleńcy mogą się odżywiać i oddychać”9.

5
Ludzka katastrofa oznacza nieludzkie schronienie. Myślę o 50 tysiącach zbiegłych, zniewolonych Afrykanów i rdzennych Amerykanach, mieszkających na wyspach głęboko, głęboko w Great Dismal Swamp przez ponad 200 lat, chronionych przed rasistowskim kapitalizmem przez niegościnność bagiennego terenu. Myślę o popieranym przez Stany Zjednoczone masowym „znikaniu” dysydentów politycznych za dyktatury Pinocheta, o ich ciałach wyrzucanych z samolotów przecinających ogromną pustynię Atakama. Myślę o poecie Raùlu Zuricie, który na pustyni napisał „ni pena ni miedo” (bez wstydu, bez strachu) literami tak wielkimi, że jego słowa można było odczytać tylko z nieba. „Pochodzę z kraju i kontynentu, gdzie tysiące ludzi nie odczuwałoby współczucia, gdyby nie krajobraz […]. To dlatego, że dyktatura wyrzucała ich z samolotów”10. Nelly Richards nazywa jego pracę „bezmiarem reprezentacji”11. Ten bezmiar, według mnie, polega na tym, że przekłada niezrozumiałą politycznie służbę pustyni z powrotem na brutalne terytorium ludzkiej mowy. Myślę o opowieści, jaką Dori Midnight podzieliła się ze mną i Rajkowską, kiedy przeprowadzaliśmy z nią wywiad podczas pracy nad projektem Ślepowrony (2020) — opowieści, która zapewne jest echem historii, jakie wiele z was lub członków waszych rodzin, być może potajemnie, bardzo dobrze zna.
Polski Żyd, którego historię opowiedziała nam Dori, przeżył der Khurbn jako dziecko — mieszkając w lesie, w pniu brzozy. Gdy po raz pierwszy i ostatni powrócił do Europy, ten dorosły już mężczyzna chciał odwiedzić jedynie to drzewo, które uchroniło go jako chłopca — nic więcej. Takie sytuacje stanowią punkt odniesienia Rhizopolis. Pokrywają, przecinają lub stanowią jego korzenie podczas tej zimy naszej potwornej niepewności; przed, w trakcie i po naszych powstaniach. Jak pisał C.L.R. James: „To moi przodkowie, moi ludzie. Mogą być waszymi, jeśli ich zechcecie”12.

6
Wcześniej nazwałem Rhizopolis „nową ojczyzną”, ale Rhizopolis nie jest ojczyzną. Może być domem, ale nie ojczyzną. Rhizopolis wyłaniające się z tego, czego doświadczamy w Rhizopolis, jest jednym z wielu i dlatego nie można go sterytorializować jako pojedynczość. Już sama nazwa rozsiewa jej założenia: pożywienie, schronienie, solidarność, a przede wszystkim azyl i tajemnicę. Jeśli jest jedno Rhizopolis, jest ich wiele. Stojąc w Rhizopolis, możecie odczuć obecność całego międzygatunkowego systemu politycznego — chociaż nie jest skonstruowany ani opowiadany na wystawie — w którym jednolite uwarunkowania zaufania dosłownie gryzą, ssą i dbają o korzenie rozległego, kosmopolitycznego systemu innych korzeni; doświadczenie i opowieści, lęki i plany, historia i protesty przekazywane pomiędzy językami, które są dla siebie zupełnie niezrozumiałe, a zarazem niewątpliwie ważne.

7
Trzynaście lat temu, kiedy Rajkowska stworzyła na placu Grzybowskim staw wypełniony rybami i umieściła tam specjalne urządzenia ozonujące powietrze i wytwarzające mgłę, na toczonym nowotworem skraju dawnego getta żydowskiego, dziennikarz „Gazety Wyborczej” zapytał ją bez ogródek: „Warszawa jest pełna traumatycznych miejsc. Trzeba w nich wszystkich zrobić sadzawki?”. Rajkowska wyjaśniła: „Pocięłabym bloki i zrobiła korytarze, żeby odsłonić dawne trakty, takie by-passy, które pozwoliłyby poczuć organizm miasta, bo miasto to krwiobieg”. Dotleniacz (2007) zagłębia się w zabudowane, zamieszkałe miejsce pochówku ponadlokalnej katastrofy — eksterminacji ludności, zniszczenia miasta — i zapewnia mu zastępczy oddech. Rhizopolis przenosi zbliżającą się planetarną katastrofę pod ziemię w formie potencjalnej urbanistyki, również w formie zastępczej, ponieważ w przeciwieństwie do poprzedniego projekt ten jest niemożliwy i nierealny. Jego potencjał jest dalekowzroczny. A jednak Dotleniacz też okazał się niemożliwy i tymczasowy, a gentryfikatorzy łagodnie przywłaszczyli sobie jego konstrukcję. Rajkowska chodziła po okolicy i wypytywała odpoczywających nad stawem starszych warszawiaków, punków i dzieciaki. „Proszę pani, to może być święte miejsce, ale pomnik…[…] pomnik jest na stałe […]” — usłyszała w odpowiedzi13.
Dotleniacz wydaje się otwierać, a Rhizopolis grzebać pod ziemią. Ten pierwszy faktycznie zamyka nas (ponownie), aby uleczyć i tchnąć nową wolę wewnątrz getta. To ponowne zamknięcie [re-enclosure] jest jedynie wzorem, interwencją mającą na celu otwarcie krwiobiegu Warszawy, odwrócenie języka pamięci na rzecz wspólnego odpoczynku i horyzontalnego wsparcia. Rhizopolis oddala nas od scentralizowanej, samotnej polityki opartej o pojedynczą, wyobcowaną wyobraźnię w kierunku prawdziwych arborealnych sił Warszawy. Oba projekty wytrącają nas z katastrofalnej narracji. A jednak, stojąc w Rhizopolis lub Rhizopolis, w momencie powszechnej zagłady, musimy postawić sobie inne pytanie.

Robert Yerachmiel Sniderman (ur. 1986 w Filadelfii) — poeta, artysta i dramaturg. Do jego najnowszych prac należą długofalowa kontemplacja miejsca Lost in Jüdischer Friedhof Weißensee (2018) i powstała w jej wyniku seria interwencyjna Counter-Ruin (2018); film marionetkowy Night Herons (2020) stworzony wspólnie z Joanną Rajkowską oraz procesja/słuchowisko بيان الصعود إلى السماء Flight Manifestation (w toku) stworzona wspólnie z palestyńskim artystą dźwiękowym Dirarem Kalashem. Redaktor żydowskiego czasopisma o sztuce i polityce „Protocols”, doktorant w School for the Contemporary Arts w Vancouver.

przeł. Joanna Figiel

 

[1]Paul Celan, Memory Rose into Threshold Speech: The Collected Earlier Poetry, przeł. Pierre Joris, Farrar, Straus and Giroux, New York 2020.
[2] Achille Mbembe, Polityka wrogości. Nekropolityka, przeł. Katarzyna Bojarska, Urszula Kropiwiec, Karakter, Kraków 2018, s. 66.
[3] Ilya Kabakov, On the “Total” Installation, Cantz Verlag, Berlin 1995.
[4] Valyzhyna Mort, Music for the Dead and Resurrected, Farrar, Straus and Giroux, New York 2020.
[5]Cyt. za:. https://artmuseum.pl/en/doc/video-od-internacjonalizmu-do-alterglobalizmu, dostęp: 10.02.2021.
[6]Cyt. za: http://www.rajkowska.com/i-shall-not-enter-into-your-heaven/, dostęp: 10.02.2021.
[7] Silvia Federici, Violence Against Women and the New Forms of Capitalist Accumulation, wykład w ramach International Cultural Studies Program, University of Hawaii, Manoa, 13 marca 2017.
[8] Cyt. za: http://www.rajkowska.com/bio/, dostęp: 10.02.2021.
[9]Cyt. za:  http://www.rajkowska.com/rhizopolis/, dostęp: 10.02.2021.
[10] Cyt. za: https://www.poetryfoundation.org/podcasts/76153/raul-zurita-international-poets-in-conversation, dostęp: 10.02.2021.
[11] Nelly Richard. The Insubordination of Signs: Political Change, Cultural Transformation, and Poetics of the Crisis, Duke University Press, Durham 2004.
[12] Moja interpretacja stwierdzenia C.L.R Jamesa jest oparta na tekście Hourii Bouteldja: Whites, Jews, and Us: Toward a Politics of Revolutionary Love, „Semiotext(e)” 2017, omawianym także tu: https://lareviewofbooks.org/article/liberation-utopias-houria-bouteldja-on-feminism-anti-semitism-and-the-politics-of-decolonization/, dostęp: 10.02.2021.
[13] Rozmowy nad stawem, 2007, „Obieg” 2010, nr 1/2 (81/82), numer poświęcony wystawie Joanny Rajkowskiej Dotleniacz w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, kuratorka: Kaja Pawełek.

Autorka:
Typ:
Data:
Miejsce:
Dokumentacja fotograficzna:

Joanna Rajkowska

instalacja – scenografia do nieistniejącego filmu science fiction

7.07-4.09.2022

Galeria bwa Bydgoszcz

Łukasz Owczarzak

PARTNER GŁÓWNY

Partnerem Głównym wydarzenia jest Samorząd Województwa Kujawsko-Pomorskiego

ORGANIZATOR
WSPÓŁORGANIZATOR
WSPÓŁFINANSOWANIE
WSPÓŁPRACA